Set nie był drogi, daliśmy tylko 17 EUR. Zrobiony całkiem przyzwoicie, nie ma żadnych problemów z pasowaniem części, wieża oczywiście obracana, działo i karabiny maszynowe ruchome, włazy się otwierają. Wnętrza nie ma za wiele - jest silnik i kilka elementów wyposażenia wieży, ale ich brak nie zrobiłby różnicy - i tak ich prawie nie widać. Do zestawu dołączone są giętkie gąsienice z tworzywa w kolorze srebrnym i znacznie bardziej realistyczne, stałe gąsienice z polistyrenu. Te stałe składają się z kilku odcinków prostych i pojedynczych ogniw do sklejenia na łukach.
To pierwszy nasz model, przy którym użyliśmy aerografu. Na razie, do jednolitych powierzchni, w tym zastosowaniu ten tani sprzęt sprawuje się lepiej, niż się spodziewałem. Jak dotąd używamy Revellowych Aquacolorów rozcieńczanych skażonym etanolem. Wychodzi bardzo ładna, równomierna, matowa powłoka.
Syn postanowił zrobić czołg cokolwiek używany, według rad z książek. Kupiliśmy w OBI-m farbę olejną artystyczną w kolorze English Red - jak przeczytałem, jej pigmentem jest tlenek żelaza, czyli dokładnie to, o co chodzi. Wziąłem trochę tej farby i dość mocno rozcieńczyłem Terpentinersatzem (jak on się właściwie nazywa po polsku? Rozcieńczalnik do farb olejnych?), tak po prostu, jak zwykle, wykałaczką na kawałku folii aluminiowej. Wydała mi się jeszcze za gęsta, więc wziąłem tylko trochę z niej i rozcieńczyłem znowu (jakbym jeszcze potrząsał, to byłby to roztwór homeopatyczny c2
). Teraz pod względem płynności wydała mi się OK, rozlewała się jak trzeba. Syn naniósł pędzelkiem, po chwili schnięcia starł nadmiar chusteczką ligninową i był bardzo zadowolony z efektu. Ale po pół godzinie mu przeszło - rdza w szczelinach była co prawda jak żywa, ale trochę za dużo jej, jakby nowy czołg został polany wodą morską, postał z miesiąc, a potem został umyty.
Syn się trochę podłamał, ale ja nie poddaję się tak łatwo. Rozcieńczyłem mocno ten zielony, jakim był pomalowany cały model, ustawiłem dość delikatny strumień powietrza z niewielką ilością farby, żeby tylko trochę mglił i przytłumiliśmy tym nadmiarową rdzę. Efekt utlenionego lakieru był przy tym taki dobry i nienachalny, że zrobiliśmy tak całość, nieco nierównomiernie.
Wnioski:
O realizmie mógłbym długo. W warunkach bojowych czołg nie przeżywa tylu lat, żeby lakier mu całkiem zbielał i porobiły wżery od rdzy w pancerzu. A jeszcze od czasu do czasu się go przemalowuje na inne maskowanie (na przykład zima/lato) - no i kiedy ten lakier ma się tak zestarzeć? W warunkach pokoju czołg potrafi dociągnąć i do jakichś 20 lat, a nawet więcej, no ale tu się go przecież maluje prawie tak często jak trawę w koszarach. Pamiętam jeszcze stojące tu i ówdzie jako pomniki T-34 - żaden z nich, mimo słabej konserwacji, nie osiągnął takiego koloru i takiej ilości rdzy jak wiele modeli ma. Nawet na widywanych w sieci zdjęciach czołgów stojących od wojny gdzieś w tajdze albo na stepie lakier nie jest mocno zbielały. Więc z washingiem byłbym ostrożny. Tak samo z rdzą - jeżeli nie robimy modelu rozbitego czołgu po 20 latach w wilgotnym klimacie, to z rdzą też nie należy przesadzać.
Chociaż to właściwie podstawowa decyzja: Czy robimy modele bajeranckie, czy realistyczne. Dla mnie w modelarstwie redukcyjnym chodzi o realizm a nadmierne postarzanie uważam za wynaturzenie, ale dopuszczam myśl że nie wszyscy tak mają.
Wróćmy do tego KW-1. Syn ma w planie jeszcze naniesienie jakiegoś kamuflażu, jeszcze się zastanawia jaki, i zrobienie znaków taktycznych. Jak będzie całkiem skończone to znowu zrobię notkę.
]]>Dawno, dawno temu miałem taki model, byłem jeszcze za mały żeby go skleić - robił go ojciec. Model wylądował na śmietniku przy okazji przeprowadzki w roku 1977. Dziś Wostoka można mieć od Revella (00024), ale porównałem jego instrukcję z instrukcją Plasticartową i stwierdziłem, że set NRD-owski ma dużo lepiej zrobione wnętrze. Więc go kupiłem.
Set składa się - jak to sety Plasticartu - z części z białego i srebrnego plastiku (w innych bywały jeszcze z czarnego, zazwyczaj koła).
Ten który kupiłem, był już zaczęty, niektóre części sklejone i rozklejone znowu. Został nawet oryginalny klej.
Set obejrzany po latach nie robi dobrego wrażenia. Części są spasowane bardzo słabo i trzeba będzie strasznie szpachlować. Porównałem części ze zdjęciami oryginału i pod tym względem nie jest jakoś bardzo źle. Zwłaszcza wnętrze kabiny jest oddane bardzo dobrze.
Tu oryginał. Widziałem kiedyś oryginał na własne oczy (nie jedynkę, ale któryś z następnych) w Technoseum Mannheim, ale nie dali robić zdjęć. Kapsuła Wostoka jest spora i ma dużo miejsca w środku, bez porównania z takim na przykład Sojuzem (stał obok), który ma taki sam rozmiar maksymalny, ale nie jest kulą - czyli jest mniejszy - i wchodzą do niego nawet trzy osoby.

Wnętrze statku komicznego Wostok Autor: Mark Wade Źródło: astronautix.com

Wnętrze statku komicznego Wostok Autor: Mark Wade Źródło: astronautix.com
Zewnętrzne instalacje ujdą, ale dadzą się jeszcze poprawić. Największy problem jest z twarzą Gagarina - jest paskudnie szeroka i nie da się wiele z nią zrobić.
Chociaż mam pomysł: Odetnę twarz po bokach, zostawiając połączenie na środku i zagnę boki do środka hełmu.A może w ogóle wytnę twarz i na gorąco zagnę ją na jakiejś kulce - zrobi się regularna głowa, a nie księżyc w pełni. Potem osadzę ją w środku hełmu i dorobię szybkę wizjera. A powinno wyglądać tak:
]]>
Prawie ten sam samolot obejrzeliśmy sobie w muzeum w Sinsheimie, tam mają starszą wersję, CL-215, różniącą się głównie silnikami. Ta starsza wersja ma tłokowe, gwiazdowe, nowa turbośmigłowe. Do samolotu można wejść.
Samolot jest ogólnie interesujący, ale malowanie trudne. Problemem są łączenia kolorów. Kolory są błyszczące - dlatego maluję sprayem, granice kolorów ładnie okleiłem taśmą, ale nie przewidziałem że te nity będą takim problemem. No i taśma przez nie nie przylegała dobrze i farba wlazła pod nią. Muszę polakierować skrzydła jeszcze raz na żółto, ale teraz pod taśmę dam jeszcze ColorStop żeby farba nie podciekła.
Przyznam, że się trochę zniechęciłem, stąd model na razie leży. A jeszcze trudniejszy będzie kadłub - granica czerwonego nie idzie ani po krawędzi kadłuba, ani po prostej
Koncepcja nasza jest taka, że zrobimy go ze schowanym podwoziem. W zasadzie producent setu tego nie przewidział i trochę trzeba będzie pokombinować, ale powinno się udać. I tak nie mamy wyjścia, bo - jak to często - zapomnieliśmy włożyć obciążnik przed zamknięciem kadłuba. A zresztą również z włożeniem obciążnika byłby problem, bo miało być tam aż 20 g, a na to jest mało miejsca. Czy oni chcą żeby tam wkładać zubożony uran, albo wręcz osm? A tak w ogóle to nawet zwykły ołów trudno już kupić, teraz wszędzie gdzie się da (albo i nie da) się go zastępuje innymi materiałami. W sklepie budowlanym znalazłem ołów tylko w postaci sznurkowych obciążników do firanek.
Co do samego setu - może być, chociaż mocno przypomina mi sety NRD-owskie, firmy VEB Plasticart: Duże części, mocno wystające nity, tworzywo w kolorze docelowym (tutaj: żółte), dużo naklejek. Powiedzmy, że nie jest to arcydzieło wierności pierwowzorowi (zdaje się że wzięli po prostu część form od CL-215, parę elementów silnika gwiazdowego zostaje niewykorzystanych) , ale model całkiem oryginalny.
]]>Rakieta Jupiter C była pierwszą amerykańską rakietą, która wyniosła satelitę na orbitę. Tak w zasadzie to ta konstrukcja nazywała się Redstone, autorem jej był von Braun, a wywodzi się ona od rakiet A4 (V2). Zasadniczo taka sama rakieta wynosiła później załogowe kapsuły Mercury. Sama rakieta była mała i jako model byłaby nudna. Ale razem z wieżą to jest to, co modelarze (a przynajmniej ja) lubią najbardziej.
Zestaw zrobiony jest z tworzywa w kolorze czerwonym, tylko elementy samej rakiety są białe. Forma jest bardzo zużyta, sporo jest nadlewów. Pudełko nie zawiera kompletnych ramek z częściami, ramki są pocięte na mniejsze kawałki. Części mają niestety sporo wgłębień po wyciskaczach, trzeba dużo szpachlować. Ciekawostka: Doczytałem się, że zestaw jest tłoczony w Polsce.
Instrukcja to reprint oryginału z lat 50-tych, miejscami średnio czytelny, a i jego styl robi atmosferę vintage. Obrazek na pudełku też pochodzi z dawnych czasów.
Model to makietka na kawałku terenu z torami kolejowymi, po których jeździ wieża. Wieża jest składana - może być pochylona prawie do poziomu, platformy serwisowe na wysokich piętrach są rozsuwane. Winda (znaczy dźwig osobowy) też jest ruchoma. Rakieta stoi obok wieży samodzielnie, bez podpórki. W oryginale wieża mogła być przetaczana, żeby obsługiwać więcej niż jedno stanowisko startowe.
Oryginał wieży zachował się, na współczesnych nam zdjęciach (a nawet na tych z późniejszymi kapsułami Mercury) jest pomalowany po prostu pomarańczowa farbą antykorozyjną.
Instrukcja każe malować wieżę na biało-czerwono, takie też malowanie widać na zdjęciach z epoki.

Rakieta Jupiter C na stanowisku startowym, w tle wieża serwisowa pomalowana na biało-czerwono Źródło: gdzieś z sieci
Ale porównanie zestawu ze zdjęciami pokazuje, że kratownice wieży w modelu są wyraźnie zbyt grube, oryginał był znacznie bardziej ażurowy.
Zestaw kupiłem już kilka lat temu, trochę zrobiłem, ale na razie od dłuższego już czasu leży. Tymczasem pogorszył mi się wzrok i mam problemy z drobnymi częściami, a ciągle mam coś pilniejszego niż umówić się do okulisty (a nawet jak już zadzwonię, to termin będzie za parę miesięcy).
Aktualny stan: Zrobiłem podstawę wieży - czyli maszynownię i dwa duże słupy wieży. Utknąłem na podstawie makietki - jej płyta nie jest płaska. Musiałbym podkleić ją czymś sztywnym, na przykład laminatem, takim jak na płytki drukowane. Chwilowo mam problem ze znalezieniem odpowiedniego kawałka takiego tworzywa.
Zestaw ogólnie jest trudny, ma dużo drobnych części, wyzwaniem dla cierpliwości będzie zwłaszcza zrobienie tych wszystkich półkolistych drutów osłaniających drabinę prowadzącą od dołu do samej góry wieży. Może wkrótce ruszę z robotą znowu, będę robił notki z postępów prac.
]]>